czyli moja droga od pacjenta do wykładowcy

Myśli, które mnie ukształtowały

Pochodzę z tzw. rodziny lekarskiej, stąd zawsze byłem blisko medycyny i zagadnień zdrowia. Na studia medyczne jednak nie poszedłem, ponieważ nie lubiłem widoku krwi. (Pierwszą uczelnią, jaką ukończyłem, była Politechnika Gdańska). Jednak za sprawą mojego ojca - lekarza i naukowca, profesora Akademii Medycznej w Gdańsku - stale miałem kontakt ze światem medycznym. I to właśnie, w dużym stopniu, ukształtowało moje zapatrywania na późniejsze życie. W domu często słyszałem jak ojciec mawiał, że najlepiej trzymać się z dala od lekarzy. Także przyjaciel naszej rodziny, doświadczony lekarz dr Stanisław Bogdanowicz mawiał, że trzeba mieć dobre zdrowie, żeby się leczyć; dodawał jednak zaraz: na szczęście organizm ludzki jest tak wspaniały, że wytrzyma prawie każde leczenie. Sporo w tym prawdy. Od razu jednak dodam, że swoje obecne zdrowie zawdzięczam także lekarzom. Choć w największym stopniu samemu sobie, o czym niżej.

 

Skórka kota, uzdrowiciele, radiesteci i inne cuda

Pierwszych dolegliwości kręgosłupa doznałem blisko 20 lat temu. Myślałem wtedy: samo przyszło, samo przejdzie. Byłem w pełni sił, ale bóle krzyża nieubłaganie się nasilały. Nie miałem zbyt wiele czasu na leczenie, więc za namową kolegi radiestety, udałem się do znanej uzdrowicielki w Gdańsku. (Dziś wstyd mi się do tego przyznać, ale tak było). Pojechałem do niej zgięty w pół z powodu bólu w krzyżu. Paliła kadzidełko, tajemnymi ruchami dłoni wodziła wzdłuż moich pleców, a na koniec tak mocno ucisnęła mnie w okolicy biodra, że z bólu aż krzyknąłem. Wracałem lżejszy ... o kilkadziesiąt złotych wydanych na wizytę. A bóle pozostały takie same. Trafiłem potem do drugiego uzdrowiciela w Gdyni, równie słynnego jak ta pierwsza. Z takim samym skutkiem.

Skorzystałem też z wybitnej i uznanej w Gdańsku (i podobno na świecie) radiestetki, która machając nade mną wahadełkiem, nie tylko próbowała wyleczyć mi kręgosłup, ale także - przy okazji - doładować mi tym wahadełkiem porcję witamin. Stwierdziła bowiem, iż wprawdzie wahadełko wskazuje na brak w moim organizmie magnezu i selenu, ale to żaden problem, bo ona pokręci nim w odwrotnym kierunku i doładuje mi w ten sposób brakujące składniki! Założyła mi nawet, jak wszystkim ją odwiedzającym, kartę pacjenta.

Z ciekawości udałem się potem do jeszcze jednego, równie słynnego, radiestety. Odmawiał nade mną modlitwy kręcąc jednocześnie wahadełkiem. Sprzedał mi na koniec cudowną piramidkę własnej produkcji z tajemną zawartością w środku. Twierdził, że piramidki te mają cudowne właściwości, ponieważ leczą nie tylko bóle krzyża, ale i raka i setki innych chorób, a także powodują zmniejszenie wypadków samochodowych w mieście! (Autentycznie! - zakopywał je na obrzeżach Gdańska i czynił to podobno w porozumieniu z ówczesnymi władzami miasta!). Dowiadywałem się później, jaki wpływ miały te piramidki na ilość wypadków drogowych w Gdańsku. Jak łatwo się domyśleć, efekt ich był taki sam, jak i wpływ na mój kręgosłup. Czyli żaden. GŁUPOTA, czy OSZUSTWO?

Zaliczyłem także wizyty u różnych kręgarzy (ludowych i nie ludowych), którzy szarpiąc i kręcąc energicznie moją głową nieomal mi jej nie urwali. Dziś wiem, że miałem wiele szczęścia, że nie uszkodzili mi przy tym kręgosłupa w dużo większym stopniu.
Z braku poprawy sięgnąłem też do innych ludowych sposobów. Słyszałem o dobroczynnym wpływie na bóle kręgosłupa skórki z kota. Zakupiłem więc na rynku gotową już skórkę i nosiłem ją w dolej części pleców. Dawała ona ciepło, ale na bóle niewiele to pomagało. Próbowałem też spać na desce, ale to mi zdecydowanie jeszcze bardziej zaszkodziło (bóle się nasiliły). Zaliczyłem również Tradycyjną Medycynę Chińską, stosując zioła i poddając się akupunkturze. Także - oczywiście - bez żadnego skutku.

 

Ostatecznie pomogli mi lekarze


Rok 1992, waga 107 kg

Dolegliwości to nasilały się, to malały, zawsze jednak, choć z trudem, chodzić mogłem. Aż raz, po przemarznięciu w plecy podczas siedzenia na krześle z metalowym oparciem, doznałem tak potwornego bólu, że przy próbie wstania przewróciłem się na podłogę i nie dałem już rady samodzielnie wstać. Wówczas uratował mnie znany w Gdańsku neurolog dr Piotr Łyczak, specjalizujący się w bólach kręgosłupa. Po jego interwencji poczułem się całkiem dobrze. Jednak po jakimś czasie ból powrócił. Wówczas znajoma lekarka internistka dr Ewa Massalska-Błęcka stwierdziła, że w pierwszej kolejności powinienem schudnąć. Poleciła mi zastosować kurację warzywno-owocową wg dr Ewy Dąbrowskiej. (Kiedyś wszystko, co można było zdobyć na ten temat, to były trzy strony ksero. Dziś wiodącym w Polsce ośrodkiem prowadzącym tę kurację jest Ośrodek Wczasów Zdrowotnych „U Zbója” w Gołubiu Kaszubskim - www.uzboja.pl). Podczas trwającej 6 tygodni diety schudłem 12 kg. Poczułem się naprawdę fantastycznie. Myślałem, że dzięki temu wreszcie uwolnię się od swoich kręgosłupowych kłopotów. Jednak po pół roku atak "korzonków" nastąpił ponownie. Pierwszy raz zacząłem się wtedy zastanawiać, co jest prawdziwą przyczyną moich dolegliwości.

 

Fizjoterapia i inne kuracje

Z powodu nawrotów dolegliwości odwiedziłem jeszcze wielu(!) lekarzy, stosowałem tzw. niesterydowe środki przeciwzapalne, środki przeciwbólowe, witaminy, a także wypróbowałem na sobie wiele zabiegów fizjoterapii: borowina, lampa Solux, pole magnetyczne, diadynamik, przezskórna elektryczna stymulacja TENS, laser, krioterapia, kąpiel perełkowa, prądy interferencyjne i inne. Miałem jednak wrażenie, że cała ta fizykoterapia nie miała żadnego wpływu na wyleczenie mojego kręgosłupa, a bardziej od tych zabiegów pomagał mi spacer po lesie. Na koniec pojechałem jeszcze, z czystej ciekawości, do słynnej w Polsce prywatnej kliniki kręgosłupa. Aplikowano mi tam dziennie bardzo wiele (kilkanaście!) różnych kosztownych zabiegów, łącznie z takimi „czarodziejstwami” jak leżenie na macie naszpikowanej igłami - dokładnie na wzór fakirów. Pech jednak chciał, że podczas pobytu bóle bardzo się nasiliły. Być może z powodu niewygodnych (czy raczej zbyt wygodnych) foteli w pokoju, a może w wyniku nadmiaru terapii. W każdym razie po tej kuracji wróciłem do domu w gorszym stanie zdrowia, niż na nią pojechałem.

 

Pomysł na napisanie własnego poradnika

Fakt nawrotu dolegliwości mimo terapii manualnej, znaczącego schudnięcia i wielkiej liczby zabiegów fizjoterpeutycznych nie dawał mi spokoju. Miałem obawy również o całą swoją przyszłość w obliczu niemożności zapanowania nad chorobą. Postanowiłem sprawdzić jeszcze jedno zalecenie, mówiące że gwarancją ustrzeżenia się przed dyskopatią jest tzw. silny gorset mięśniowy. Ćwiczyłem na siłowni, pływałem na basenie. To jednak nie uchroniło mnie od kolejnych nawrotów dolegliwości, a na dodatek dołączyła się dyskopatia odcinka szyjnego (prawdopodobnie od szkodliwego pływania odkrytą żabką).

Pierwszym przełomowym momentem na mojej drodze do zdrowia było spotkanie z dr Wiesławem Niesłuchowskim w Warszawie, bardzo doświadczonym specjalistą w zakresie dolegliwości kręgosłupa. Zwrócił on moją uwagę na to, że to ja właśnie, jako inżynier, powinienem najlepiej zrozumieć w czym tkwią moje problemy z kręgosłupem, ponieważ "kręgosłup to przede wszystkim budowla inżynierska i tak należy go postrzegać. A kiedy zaczyna być potrzebny lekarz, jest już trochę za późno". Wówczas zacząłem studiować liczne medyczne książki na ten temat. Najdoskonalszą z nich i napisaną - mimo medycznej terminologii - bardzo zrozumiałym językiem, była bez wątpienia ksiażka „Bóle krzyża” Prof. Artura Dziaka. Ale było też wiele książek, dla mnie jako zwykłego chorego bez wartości, bo napisanych językiem jakby specjalnie skomplikowanym, być może dla dodania książce „ważności”. Z upodobaniem cytuję fragment jednej z nich, gdzie w podsumowaniu można przeczytać: „Zastosowano następujące środki terapeutyczne: terapię ręczną dysfunkcji kręgosłupa oraz autoterapię w postaci programu minimum, mającego na celu normalizację aferencji w dominującej dla danego chorego płaszczyźnie poprzecznej ciała”. I wtedy pojawił się mój bunt jako pacjenta i pierwsza myśl o napisaniu własnej książki: przecież ja o kręgosłupie potrafiłbym dużo prościej napisać!


Drugim przełomowym momentem było przypadkowe natrafienie w gazecie na artykuł o terapeucie uwierzytelnionym metody McKenziego mgr Macieju Cybulskim z Redy. Natychmiast udałem się do niego. Nie tylko wyleczył mnie na dłuższy czas z dolegliwości, ale także zapoznał bliżej z tą skuteczną, logiczną i prostą metodą. To podczas rozmów z nim podjąłem decyzję o napisaniu (jako pacjent - dla pacjenta) zrozumiałego poradnika o tej metodzie oraz związanej z nią profilaktyce. Dzięki metodzie McKenziego właśnie, mimo, że dolegliwości dają o sobie znać od czasu do czasu, mam nad chorobą pełną kontrolę, mogę normalnie żyć, a nawet wykonywać ciężkie prace – jak na zdjęciu poniżej.


Rok 2007, sam załadowałem kontener ziemi (9 ton) w 4 godziny.

 

Akademia Kręgosłupa® i internetowa strona Pacjenta z bólami kręgosłupa

Ukazanie się poradnika „Bóle kręgosłupa. Terapia metodą McKenziego” okazało się wielkim sukcesem. Książka bez żadnej reklamy szybko trafiła na listę bestsellerów w wielu księgarniach. To z kolei spowodowało, że zaczęto mi organizować liczne spotkania autorskie. Zaczęły się one cieszyć wielkim zainteresowaniem i z czasem przekształciły się w wykłady promujące metodę McKenziego oraz profilaktykę bólów kręgosłupa.


Z nieodłącznymi rekwizytami.







Następnie powstał pomysł stworzenia szerszego przedsięwzięcia w zakresie edukacji i profilaktyki prozdrowotnej pn. Akademia Kręgosłupa®. Przedsięwzięcie to zaczęło funkcjonować w ramach prowadzonej przeze mnie od 1999 roku firmy CENTRUM ZDROWEGO STYLU ŻYCIA. Przygotowując się do utworzenia Akademii Kręgosłupa® kontynuowałem uzupełnianie swojej wiedzy medycznej. Ukończyłem wielomiesięczne zawodowe i zaawansowane kursy masażu. Chodziłem na wykłady z wybranych przedmiotów na Akademii Medycznej w Gdańsku, studiowałem refleksoterapię. Równolegle uczęszczałem na studia podyplomowe na AWFiS w Gdańsku, zdobywając ostatecznie dyplom i tej uczelni oraz tytuł instruktora odnowy biologicznej.


Pomysłowe pomoce edukacyjne niezbędne do wykładu.

Specjalnie dla potrzeb swoich spotkań autorskich promujących metodę McKenziego oraz profilaktykę bólów kręgosłupa przygotowałem też oryginalne pomoce dydaktyczne. Jedna z nich – dynamiczny model kręgosłupa – doczekała się nawet ochrony patentowej na terenie Unii Europejskiej jako pomoc edukacyjna, a moje spotkania przerodziły się w kilku godzinny cykl wykładów, obrazowanych dodatkowo prezentacją w postaci ponad 100 własnych slajdów. Sporą pomoc w tym wszystkim otrzymałem od dra Mariana Romanowskiego, który początkowo pomagał mi jako pacjentowi, a następnie jako organozatorowi Akademii Kręgosłupa®.

W ramach Akademia Kręgosłupa® utworzyłem również niniejszą Stronę Pacjenta z bólami kręgosłupa.

 

Stanisław Szabuniewicz

 
Do góry